księga gości


2011
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
wrzesień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec



olaboga bloguje...

Lilypie First Birthday tickers

2011-11-04 23:12:39
ostatnia
Godzinę temu Dzik skończył 11 miesięcy; comiesięczny jubileusz spędził z cyckiem w zębach, zasypiając mi na kolanach podczas finału "Marlej i ja".

Odniosłam go do łóżka, zgasiłam lampkę (od kilku dni chłopczyk spędza noc w czerni totalnej), usiadłam przed monitorem. Otworzyłam edytor blog.pl i poczułam że jestem nim znużona. Siedem lat minęło. Pora zmienić otoczenie.

Wybrałam je już jakiś czas temu; gdy chłopczyk był jeszcze zlepkiem komórek. A teraz zapraszam. Tam nowy towar, tutaj już jeno remanent.
skomentuj (1)


2011-11-03 21:33:56
liść
1 listopada, w Parku Jordana było tak:


skomentuj (0)

2011-10-28 23:52:39
gorączka

Jest wiele jasnych stron wspólnego chorowania. Zredukowany bieg, a nie gaz do dechy. Miękkość jakaś taka. Przytulność wzmożona. Sen wspólny, pochrapywanie na dwa zatkane nosy, jedna butla ekstraktu leczniczego na dwoje, tylko łyżki o różnych wymiarach.
Gorączka trzyma Dzika już czwartą dobę; zaczęło się klasycznie, od nocnej spacji, wypełnionej zagęszczonym chlipem. Gdy rozrysować skoki temperatury na wykresie funkcji, wyglądałyby jak grań Tatr, stromy spadek po każdej porcji nurofenu i równie strome podejście 4 godziny później. Falujące peaki: 38,1, 39, 38.4, 39.6, 37.8, uff, można odpocząć w dolinie.
Szczęściem syn nasz jest dobrze zapowiadającym się lekomanem, więc kolejne łyżki gorączkobójczych syropów łyka, przymykając z rozkoszy oczy. Szczęściem ma (po mnie?) sentyment do kwaśnego, najbardziej życiodajnego z wszystkich smaków, więc wciąga kolejne butle domowego soku pomidorowego wzmocnionego cebionem. Szczęściem nie ma syndromu białego kitla, więc daje się osłuchiwać kilku lekarkom pod rząd i swym spojrzeniem rozkrochmala nawet najbardziej surową z nich.
Diagnozy brak. Płuca czyste, oskrzela czyste, uszy i pęcherz podobnie. Surowa lekarka znajduje w górnej szczęce dwie zapowiadając się czwórki, które dopiero co się przebiły. Razem z tymi u dołu, co wypiętrzają się od kilku tygodni są jak konsorcjum zębowej developerki która urządziło sobie w buzi Dzika rozległy plac budowy. Zębowa diagnoza byłaby dla nas bardzo wygodna, ale nie klei się z resztą rzeczywistości. Bo po kilku dniach fridowania Dzika (bez filtra) też jestem już zainfekowana.

Pierwsza tak długa niedyspozycja mojego syna uświadamia mi, że mimo gorączki (i towarzyszących jej wydarzeń, które opiszę może innym razem) ja sama nie jestem już rozgorączkowana. Kolejny etap?

skomentuj (1)

2011-10-17 18:48:54
studnia

Gdy w sobotę R. wywozi Dzika na cały dzień (ze startem już o 6:00) na wieś, nie robię niczego z listy tego co zaplanowałam na taki właśnie dzień. Nie robię sobie paznokci, nie pływam, nie zasiadam w ostatnim rzędzie w kinie. Najpierw długo śpię - do południa, choć mogłabym i dłużej. Potem wchodzę na godzinę do wanny. Prawie rozpuszczam się we wrzątku. Coś zjadam, coś wypijam. Układam, przekładam, segreguję, pakuję do toreb dla tej, dla tamtej, dla tamtych, dla nikogo - nakręcona ideą choć chwilowej redukcji stanu posiadania.
Nikt mnie nie ostrzegł, że dziecko w życiu to także tysiąc i więcej przedmiotów do ogarnięcia na raz. Mam z tym problem. Gdy opowiadam A. o tekście Makarenki z ostatnich Wysokich Obcasów, tym o ludziach redukujących konsumpcyjne biegi i żyjących na 19 metrach kwadratowych, ona wyrzuca z siebie: - Ile mają dzieci? Ile mają wózków, chust, skafandrów zimowych, koników na sznurku? Mam z tym problem.

No więc gdy otwieram drzwiczki pralki, chcąc wypchać ją zredukowanymi brudami, okazuje się, że to kolejny ze schowków mego synka. Kilka zabawek, termofor, kastaniety, którymi ostatnio o mało włos nie wyłupił mi oka, wykonując jeden ze swych entuzjastycznych skoków, coś tam jeszcze - topię się wyciągając raz po razie to co Dziko pracowicie do łazienki znosił i upychał. Rozcieńczam się i rozwlekam. Wieczorem R. przywozi synka mego złocistego do M. Dzik ma chłodne policzki i zaciągnięte samochodowym snem oczy. Gdy domofon sygnalizuje że już są blisko, chodzę po korytarzu w-tę-i-wewtę, wyglądam na klatkę, słucham coraz głośniejszych kroków podchodzących pod 4. piętro. Dzik, oddzielony na 14 godzin patrzy nie na mnie, ale przeze mnie. Mówię do niego. Głaszczę. Przytulam. Studnia. Gaza.
- Jesteś zły na mamę, tak? - brutalne pytanie małżonkowi memu ucieka spod języka. Nie ma w nim niczego wystudiowanego, takie jest od niechcenia zupełnie - w końcu to jeden z tych komunikatów, z których składała się dziecięca codzienność i jego, i moja, i wielu nam podobnych. Szczęście jego że nie sypię iskrami z oczu, nie dyszę siarką, nie kłuję, nie drapię, generalnie im starsza, tym mniej toksyczna jestem. Bo ja się na takie komunikaty nie zgadzam.
Po chwili syn mój odtapia się, ze spetryfikowanego przechodzi w tryb aktywny. Błyska okiem, zarzuca rączki na szyję, wkleja się. I krzyk, ostry, pojedynczy, którym to raczy nas od kilkunastu dni kilkanaście razy na godzinę, produkuje. Ani śladu po studni.

Choć wiem, że dzieciom zdarza się zawieszać, nie lubię tego.

A poza tym co? Wyraźny przyrost centymetrów; Dzik nie ma w sobie już nic z bobasa, jest proporcjonalnym, miniaturowym chłopcem.
Zębów cała paszcza! Czwórki z każdej strony. I pierwsza dentystyczna kontrola na koncie. Dzik Uwodziciel oszołomił i lekarkę, i pomocnicę.
Krzyków coraz więcej. I słów-wyraźnych-już-komunikatów, z których jeden zaczyna przypominać coś na kształt chłopczykowego, skandowanego imienia. Nasze dziecko zaczyna dzień i kończy swym imieniem.
Wśród ulubionych zabaw: wkładanie i wyjmowanie. Najważniejszym sprzętem w domu jest karton z recyklingiem; chłopak przepada z nim na wiele kwadransów. Potem: pralka, zmywarka i szuflady - tez z zawartością oczywiście.
Coraz więcej współpracy: wzruszyłam się, gdy chłopczyk po raz pierwszy podał mi klocek. To było kilkanaście dni temu, a dziś układaliśmy już razem mur. Gdy się zawiesiłam na widoku za oknem, Dzik wcisnął mi do dłoni drewniany prostopadłościan.
Upodobanie do multiplikowania - wyraźne. Dwie karty z kodami, dwie skarpetki, dwa buty, albo siedem kukurydzianych chrupek na raz - to fajniejsze niż najfajniejszy pojedynczy przedmiot (no, chyba że przedmiotem jest pilot albo komórka). Dwie komórki? Szczyt ekstazy! Jedna z wyedukowanych psychologicznie przyjaciółek, gdy jej o tym opowiada, mówi, że ma to swoją nazwę i jest normalnym etapem rozwoju. Jak przewracanie się na brzuch i raczkowanie. Człowiek jest jednak przewidywalnym stworzeniem.



skomentuj (3)

2011-10-03 10:31:29
urodziny


Syn mój zachwyca mnie każdego dnia. Nie każdy z tych dni mam siłę zapisywać. Ale staram się i starać się będzie intensywniej, bo kończy się już poszatkowany wyjazdami miesiąc rodzicielskiej próby. R. szedł z godnością i gracją przez wychowawczy ogień; dawał sobie radę przez ponad miesiąc zagwarantowany nam przez kodeks pracy. Wziłął na klatę (nomen omen) większość codzienności związanej z wychowywaniem naszego wspólnego syna. Żal tylko, że tak szybko się to skończyło, bo dopiero zaczęłam się przyzwyczajać do nowej wygodnej sytuacji i odpalać kolejne pary służbowych wrotek.

Udało nam się pojechać tu i tam. I jeszcze dalej. Było gorąco, było chłodno, było śmiesznie i strasznie też.

Dziś Dzik, nakręcony dwudniowym imprezowaniem, bardzo nie chciał zasnąć. Wchodził na materac. schodził, bounce'ował na kolanach, drzwi zamykał i otwierał. Tak do 23.30. - Weź Pana Łóżkowego i chodź tu do nas, synku.- powiedziałam bez nadziei, bo na tym poziomie komunikacyjnym nie jesteśmy i jeszcze długo, wydawało mi, nie będziemy. A on, syn mój prawie roczny złapał Pana Łóżkowego i przyszedł.

Za Pana Łóżkowego (i nie tylko za niego) dziękujemy anonimowej ciotce/wujowi. Trochę czarnego i szarego filcu, a tyle rozwojowej satysfakcji:-)








skomentuj (2)

2011-09-24 21:03:38
tak

Syn mój szybszy niż autofokus; gdy migawka się zamyka, on już jest poza kadrem. Chodzi, przechadza się, maszeruje bujanym krokiem, wspina się na schody, już biegnie właściwie, już frunie - z rozłożonymi horyzontalnie ramionami, uśmiechem dziesięciozębnym, okrzykiem bojowym "mamamamama".

Zasób leksykalny Dzika na razie nie powiększa się: oprócz rodzicielskich inwokacji i kilku sylabociągów o nieokreślonym znaczeniu jest jeszcze "tak" i "nie". "Tak" jest porannym powitaniem, wyrazem zadowolenia, pytaniem. Najbardziej lubię dobitne "tak", które pada od odłączeniu się od cycka. Tak!
skomentuj (0)

2011-09-03 22:53:15
nos

Jak mogłam o tym zapomnieć? Wczoraj Dzik wpakował sobie palec - do nosa. Palec był umorusany śliwkowym przecierem. Nie miałam aparatu pod ręką, niestety. Za to miałam gdy to samo próbował zrobić z piętką od pietruszki.





skomentuj (0)

2011-09-03 00:00:34
wieczór

Faza "iś-iś" minęła. Teraz Dzik leci monotematycznie: kupka, kapka, pupka, papka. Ileż można powiedzieć z pomocą dwóch spółgłosek!
- Jesteście pewni, że nie jest starszy? - pyta kokietliwie niania. Bo chłopczyk nie dość że chodzi, to jeszcze krzyczy ("ne! ne!") i uśmiech prezentuje złożony już  z 9 zębów. Ostatni, prawy dolny kieł, na dentystycznym wykazie oznaczony czwórką, wyrżnął się po cichu. Nawet nie wiem dokładnie kiedy.

Nie wiem też kiedy wkroczyliśmy w etap, w którym przestaje się myśleć, co jeszcze może się wydarzyć, tylko odfajkowuje się kolejne rodzicielskie horrory. Myślałam, że nic nie przebije wyjmowania osy z ust własnego dziecka. A przebiło. Kostka do zmywarki.

Mamy też na koncie pierwsze wyjście bez Dzika. Tylko ja i R. Obcas, mini, uczesany włos (ale oko już nieumalowane, bo czasu zabrakło). A poza tym proza. Obiad, podczas którego ja załatwiałam wszystkie zaległe sprawy, samochodowa przejażdżka Karową, podczas której mój małżon zabawiał mnie wykładem o zaletach starych silników diesla nad nowymi i film, na którym nie wysiedzieliśmy do końca. Był o debiutantach, tyle zapamiętałam. Tylu nowych wrażeń sobie dawno nie zaaplikowałam; w nocy obudziła mnie potworna migrena. Głowa zaprotestowała: przeszła na tryb awaryjny.
skomentuj (0)

2011-08-29 01:34:20
huragan

Huraganowa Irena słabnie, nasz prywatny huragan rośnie w siłę. Dewastuje, pohukuje i rozpędza się w tempie, którego przyrost potrafi zdefiniować tylko mój małżonek. Kilka dni temu ściągnął mi z nosa ulubione okulary, po czym w ciągu kilku sekund rozłożył je na części. Nieskładalne. Wczoraj po raz pierwszy połączył kroki w sekwencję. Wcześniej było lewa, prawa i buch na ziemię. Teraz jest taniec: lewa, prawa, okrzyk bojowy, lewa, prawa, śmiechopiana, lewa, prawa i tak dalej. W butach. Dziś: do mamy, taty dołączyło nowe wyrażenie: dzydzy, oznaczające chęć wejścia w bliski kontakt z cyckiem. A huragan przyspiesza.

R., który od kilku dni próbuje się rozgościć w nowym życiowym staniu (któremu na imię "urlop wychowawczy"), patrzy z czułością na Dzika rozłożonego w poprzek łóżka. Chłopak padł o 23:17, zasnął w pozycji na gwiazdę: - Zobacz, więcej dzieci nam się już w łożku nie zmieści.
skomentuj (0)

2011-08-24 23:32:36
toaleta

Spis rodzicielskich niedopatrzeń/błędów/omyłek (dowolne skreślic) powiększa się. Każdy błąd ma jednak pozytywne konsekwencje: Dzik uczy się świata, a ja razem z nim.

Dla przykładu dziś: rozwieszam pranie w sypialni, Dzik urzęduje w łazience. Łazienka już dawno przystosowana do potrzeb eksperymentującego empiryka: żadnej chemii, maszynek do golenia i szkła w zasięgu łapek, żadnych ostrych kantów, żadnych suszarek włączonych do prądu. Srajtaśma bezpieczna. Perfumy takoż. Na najniższych półkach tylko kamyki zbierane po całym świecie, w siatkowym worku - idealne do turlania po posadzce. Mydło - wyłącznie marsylskie, jak się naje, to najwyżej będzie pianę wydalał. Pralka zamknięta. Chill-out po prostu. Rozwieszam więc pranie w sypialni, słuchając Radia Pin i między frazami słyszę... ciszę. Rozwieszam dalej, ale uszy nastawiam. Wciąż cisza. Przestrzeń pozbawiona jakiegolwiek dźwięku. Zero szuru-buru, zero stęknięc, pokrzykiwań. Rzucam więc pranie i krokiem energicznym wkraczam do łazienki. Syn mój stoi nad kiblem z uśmiechem od ucha do ucha, a w przerwach międzyzębowych prześwitują mu resztki przeżutej wstęgi papieru toaletowego. Wyciągniętego z... kibla.

Nauczka: od dziś zawsze spuszczam klapę od sedesu.

Po tym jak przydzwoniłam niesionym na biodrze Dzikiem o futrynę drzwi w Małym Cichym, zaczęłam zwracać uwagę na właściwą ocenę przestrzeni, którą zajmuję. Wśród nowo nabytych przyzwyczajeń jest też skanowanie parapetów, odsuwanie kubki z herbatą na środek stołu i błyskawiczna kategoryzacja roślin, którymi interesuje się moje dziecko: ostatnio, w Bukowinie Tatrzańskiej, właścicielka Burego Misia w ostatnim momencie wyjęła Dzikowi z łapki ususzoną gałązkę czegoś co mi wyglądało na ostróżkę, a okazało się jakimś lokalnym trucicielem. Choć trudno mi sie z tym pogodzić, świat jednak faktycznie bywa niebezpieczny.

skomentuj (0)

2011-08-22 22:19:09
tatry
Chciałabym napisać wiele o tym tygodniu, który dopiero co się skończył.
O Dziku, który świetnie zniósł górską aklimatyzację, przeszedł, wklejony w ojcowski tors, kilkadziesiąt tatrzańskich kilometrów i zawędrował aż na jakieś 1800 metrów n.p.m., z noclegiem w Dolinie Pięciu Stawów po drodze, podczas którego doszłam do wniosku że spanie z zmaszystym chłopczykiem na wąskiej pryczy to nie jest jednak najlepszy pomysł. Nie dość, że cyc co godzinę (suche powietrze - powiedzieli), to jeszcze przestrzeni tyle co na jedno ramię. Reszta ciała w powietrzu.
Chętnie bym napisała też o dwóch jasnowłosych siostrach ze schroniskach, o goleniu owiec, o trzech porcjach pierogów z jagodami dziennie, po których mój brzuch zaokrąglił się w znajomy sposób, którego nie sposób z niczym pomylić. O doborowej kompanii pieszo-rowerowo-motocyklowej. No i o tym, że odpoczęłam, że hej.

Ale znów się zmęczyłam. Mój syn traktuje mnie ostatnio wyjątkowo instrumentalnie.



skomentuj (0)

2011-08-13 00:36:50
już

Dziś, dziś! 16:16, w drodze od kuchennej szafki ku malinie rozłożonej na mojej dłoni! Pierwsze dwa kroki bez wspomagania. I bęc oczywiście. A potem eksplozja radości.


skomentuj (1)

2011-08-11 23:07:39
krok

Wiele przegapiam. Ważąc w rękach Maurycego (waga piórkowa, podczas gdy ja ćwiczę muskuły z pomocą prawie 10-kg odważnika), zastanawiam się kiedy uciekło te 10 miesięcy.

Pierwszy uśmiech, łza, ząb - to banalne. Trudniej wyłuskać pierwsze pełnowartościowe "mama" z sylabociągu, ale zakładam, że staccato mama, mama, mama, połączone z wyciąganiem ramionek w moją stroną i wiercącym spojrzeniem jest intencjonalne. Trudniej wyekstraktować pierwszy krok, gdy każdy dzień jest procesem składającym się z sekwencji kroków i ruchów krokopodobnych. Przy szafkach kuchennych, przy kanapie i spódnicy. Nie było spektakularnego początku, raczej powolny rozwój, jak na wykresie pokazującym ewolucję człowieka. Mogłabym się uprzeć, że krokiem milowym są dwa rozchwiane kroki między jedną podporą a drugą. Albo, uwaga, siad klęczny bez podparcia z wyprostem do pionu, również bez podparcia. Ale prawda jest taka, że dziecko nasze chodzi 9korzystając z rozlicznych pomocy) już od jakiegoś czasu. Od jakiego? Nie pamiętam.

Pamiętam za to doskonale wczorajszą interakcję Dzika z M. Jego ochotę na kontakt i zawstydzenie! Nowe uczucie w osobistym zestawie Dzika. Kompletnie rozbrajające.


skomentuj (0)

2011-08-09 22:17:22
rosół
3,8,
3,92,
4,07!

Wieczór, stół, rosół. A przy stole i rosole spekulacje: jak wysoko będzie szybował Pan Franek i jak długo pozostanie na poziomie z który trudno ogarnąć rozumem. Więc się w ogóle nie ogarnia.

Jestem generalnie dość spokojna. Pomijając że Podniebny Lot Pana Franka ni chu nam nie pasuje (bo 1. kredyt-monstrum, 2. urlop wychowawczy R. lada moment), nie mogę wyjść z podziwu. Pani, którą lubię czytać, pisze że ktoś na tym tłucze taką kasę, że jego wnuki będą jeszcze żyły z odsetek z forsy wyciśniętej w ciągu kilkunastu dni z naszych puchnących obciążeń kredytowych. Chciałabym być jedną z wnuczek...

W dniu w którym Franek przebił się przez barierę 4 zł, udało mi się nie zepsuć rosołu. Nie zrobiłam Dzikowi ani jednego zdjęcia, za to wymyśliłam co podaruję mu na 1. urodziny, które już za niecałe 2 miesiące. - Przecież wczoraj się urodził! - kontastuje M., gdy próbujemy sobie zdać nawzajem relację z ostatnich iluś miesięcy, ale się nie udaje, bo bo podwójnym obiedzie Dzik wymaga natychmiastowego przewinięcia. Nie jest jeszcze tak jak u znajomych bliźniaków, którzy jedzą tyle, że wymagają natychmiastowej obsługi 5 razy na dobę, ale powoli poznajemy konsekwencje niepohamowanego apetytu.
skomentuj (0)

2011-08-08 23:27:47
kaszebe

Wakacje. Nadmuchiwany basen. Jeziorko, jezioro i morze. Goła pupa na trawie. Obrane ze skórki winogrona i pudełko malin na sopockiej plaży. Zupa z dorsza przygotowana przez Babcię i osa na parapecie ulubionej knajpy przy trasie Warszawa-Gdańsk (mimo to: wciąż ulubionej). Iś-iś-iś hajda dadana. Tato-to. Ejże, tu jestem, patrzcie, kroki stawiam, niezłomnie, na tylnym siedzeniu staję na palcach, do kierownicy się kleję. Boboekstraza non stop. Interakcje rodzinne i społeczne. A na koniec jazda przez zalaną deszczówką Czerniakowską i bardzo dobrze przespana noc z pobudką o 6:30. Nie rozpakowujemy się nawet, bo zaraz się trzeba będzie znów pakować.















skomentuj (0)

2011-07-27 23:13:24
hotel










Standard: litewski wielogwiazdkowy.
Położenie: przy dobrze wyciszonej autostradzie.
Dorosłych atrakcji było niewiele, za to doborowe: fryzjer, butelka wina z polskojęzycznym room service'm, fryzjer. Znak zmiany?

skomentuj (0)

2011-07-27 00:10:06
Maurycy

Dwa dni temu umówieni byliśmy na godzinę, ale bez miejsca. Więc my z Dzikiem i z notesem od Temperówki w roli gościńca u nich pod kutą bramą, a oni w tym samym czasie u nas, pod klatką. Dobrze, że cywilizacja dała matkom karmiącym i kandydatkom telefony komórkowe do dłoni (naładowane). 15 minut i wszyscy byliśmy na miejscu.
Gdzieś między konfrontowaniem Dzika z Horacym (Dzik entuzjastycznie Horacy lękliwie) a oglądaniem zawartości przedporodowych szuflad (jedna ptaszyca drugiej pokazywała co ma w gnieździe) położyłam rękę na spiczastym, zakrytym jedwabną chustką brzuchu A. Brzuch zafalował i rozciągnął się pod liniami papilarnymi. Wczoraj, w Ikei, dokupiłam last minute elementy gniazdka dla Maurycego, bo jego mama już nie miała siły.
Jeszcze miały być zdjęcia.
Nie zdążyłyśmy.
Dziś Rysiek - waleczny wojownik, wydostał się na świat po 18 godzinach walki. Jest rudy:-)
skomentuj (0)

2011-07-23 23:20:38
dzień

Jest sobota w Warszawie, rok 2011, gdzieś koło południa,
Wczoraj otwarto (na próbę) Stadion Narodowy.
wychodzę na pocztę oddać czajnik Philipsa,
który kupiłam w internetowym sklepie nie czytając do końca jego opisu.
Przepuszczam w kolejce zwalistego mężczyznę z kulami, dziękuje mi miękko.
Wychodzę na Chełmską. Nie ma słońca.

Skręcam w Górską, po drodze kupuję na straganie kilogram ziemniaków,
cztery pomidory, dwa ogórki duże i trzy maleńkie dla Dzika, jeszcze brzoskwinie,
cukinie i kukurydzę. R. zatrzymuje się przy kiosku,
przypomniał sobie o Wysokich Obcasach dla mnie.
Zwijamy je razem z Wyborczą w rulon.
Będę je czytać później, gdy już wrócę do domu, zdejmę Dzikowi mokrą od siuśków pieluchę,
założę nową w żyrafi rzucik, a on zje
c a ł ą miseczkę zupy z dyni, świeżo wyjętej z zamrażalnika.
Ojcowskiej roboty.
Potem R. będzie przewijał, a ja nałożę nam na talerze szerokie wstążki makaronu usmażone
z kurkami kupionymi wczoraj gdzieś pod Łomżą, od kobiety
która, żeby wcisnąć nam stare, zagorzkniałe jagody za 12 zł/litr,
pomalowała sobie ręce jagodowym sokiem.

Nie będzie sjesty. Pojedziemy wydać trochę pieniędzy do Galmoku,
wrócimy z trofeami w papierowych torbach, wreszcie podłączę do prądu rozładowany od dwóch dni telefon
i nie rozpoznam żadnego z nieodebranych numerów.
Dzik zaśnie w momencie w którym
Mark Darcy spuści łomot Danielowi Cleaverowi, nie wypuści sutka z ust aż do końca.
Odłożę go na obleczony wczorajszym prześcieradłem materac i tuż po 22:00 podłączę się do sieciosfery. Znajdę jej nazwisko na każdej stronie.

I przypomnę sobie moment, gdy jechaliśmy Fordem do Toskanii; R., ja, A. i A.
Spóźnieni na spotkanie z właścicielem domu,
bezgłośni, z zapartymi oddechami, z Back to Black w uszach.




skomentuj (0)

2011-07-23 00:23:25
103
Coraz lepiej nam wychodzi samochodowe podróżowanie. Wstyd przyznać, ale manipulujemy trochę Dzikiem, który nie znosi fotelikowego spętania i monotonii związanej z jazdą tyłem. W manipulowaniu posiłkujemy się fristajlowaniem na melodię Pszczółki Mai oraz biszkoptami i pełnoziarnistymi paluszkami griisini od Włocha, co w składzie mają... smalec. Jeden biszkopt to jakiś kwadrans spokoju. I kiełkujących wyrzutów sumienia: czy tak się zaczyna kojenie smutków jedzeniem?

Biszkoptowo-czy-nie, dzięki rozszerzeniu kulinarnych horyzontów naszego syna, podróżowanie jest coraz mniej bolesne. Udaje nam się w ciągu jednego dnia dojechać z Warszawy do Wilna. Bilans: dwie długi drzemki, jeden krótszy przystanek w lesie, jeden dłuższy w ormiańskim zajeździe już po litewskiej stronie, gdzie z wszystkich dostępnych w karcie tłustości Dzik skosztował jedynie utopionych w oleju marchewek, no i pół paczki biszkoptów.

Wilno przyjazne i improwizujące. W hotelu dostajemy znienacka pokojowy up-grade - przez 6 dni mieszkamy w baszcie z widokiem na jeziorko i litewskich golfistów pomykających po piaszczystych dróżkach przecinających świeżozieloną trawę. Dzik śpi codziennie do 10:00, rozmazuje śniadanie na wykrochmalonym obrusie, łamie serca 7-latkom i 27-latkom. Wielkouchy, ciemnooki, z uśmiechem pełnym białych zębów (nie po mnie ma uzębienie, to fakt), rozwijającym się w odpowiedzi na każdą zaczepkę, zwinny i gadatliwy, jest niczym zalążek rozkosznego barbarzyńcy. Do oswojenia? Złudzenie.

W drodze powrotnej zahaczamy o Harsz. Stara Szkoła - piękne miejsce jak z filmu o dzieciach z Bullerbyn i czeredą takich dzieci wypełnione. Zmultiplikowane potomstwo progresywnych rodziców ożywiało się o 8:00 wieczorem i do północy dawało czadu z podobną siłą z jaką dawali niegdyś czadu nasi sąsiedzi-dresiarze na Woli. Łubudubu na kilkanaście dziecięcych kopyt. Skoki na blachę. Rzucanie 100-letnimi drzwiami o framugę i takie tam. Padły pierwsze wychowawcze bon-moty, z ostatecznym: "Gdzie jest twój tato? Muszę z nim porozmawiać", wzmocnionym położeniem małolatowi łapy na chudych łopatkach. Nigdy nie sądziłam, że odnajdę się w roli zgreda walczącego z niszczycielskim żywiołem dziecięcej energii. Za kilka lat Dzik zacznie zasilać ten żywioł.


skomentuj (0)

2011-07-11 22:09:21
rozwój
Pam pa ram.
- Wychowywanie chłopców nie jest łatwe.
Bum bum,
- Nie wystarczy codziennie wsypać w nich płatki śniadaniowe.
Plask klask klask.

W taki wieczór, gdy R. czyta Dzikowi teatralnym głosem "Wychowanie chłopców", a Dzik odwrócony do ojca swego świeżo umytymi plecami (na których wciąż widać ślad mojej niedawnej dietetycznej niesubordynacji: JEGO wysypka po zjedzonym przeze MNIE serze) otwiera dolne szuflady komody. Jedna za drugą. Kroczy przez świeżo odkurzoną podłogę z krzesłem jak z balkonikiem. Wyskakuje z kolan do góry. Klaszcze. Pokłada się na kołdrze i chce by ciągnąć go razem z kołdrą. Tego wszystkiego nauczył się w tydzień! I to bez fusów żadnych.

Więc w takich wieczór, gdy syn mój po raz kolejny zachwyca mnie swoją determinacją rozwojową, a ojciec jego czułością swą rozkleja mnie, niestraszny mi nawet frank za 3,40.
skomentuj (0)

2011-06-23 01:24:22
8.3

Wyjeżdżamy jutro - gdzie las i woda, żubry i inne takie. Nie jesteśmy spakowani, ani wewnętrznie zmobilizowani.
Czasem chciałabym żeby Herr Ordnung* wprowadził się do naszego domu, żeby wprosił się bez pukania, autorytarnie narzucił zasady. Bo na razie zasad nie ma.
Uświadomiłam to sobie podczas rozmowy z Opiekunką Dzika.
Rozmowa miała być kwalifikacyjna, żeby nie było wątpliwości. Dla podkreślenia wagi sytuacji: z odmienianym przez wszystkie przypadki zwrotem "Pani". Gdzieś między pytaniami (spisanymi na kartce, bo pamięć krótkotrwała szwankuje bardzo) o sposób udzielania pierwszej pomocy a patent na dyscyplinowanie (tak!) niemowlęcia, zawstydziłam się wewnętrznie. Że próbuję nieudolnie zmącić spokojne i rzeczowe spojrzenie Opiekunki, która na najbardziej podchwytliwe (w moim mniemaniu) pytania odpowiadała tak, jak sobie wymarzyłam, że Opiekunka Dzika powinna odpowiadać. - Profesjonalistka. Kupiła cię. - podsumowała Przyjaciółka.
A ja przekonałam się, że nie odnajduję się w roli domowego HRowca.





* - Nasze dziecko nie zasypia o stałej porze, nie jada o stałych porach i nie reaguje na rytuały - poza rytualnym śpiewaniem Pszczółki Mai. Jednego dnia wgryza i wsysa się w świeżego ogórka, miażdży dziąsłami suchary i szuflują łychą aż miło, kolejnego oddaje cały obiad w ofierze na ołtarzyku prywatnych eksperymentów z grawitacją i siłą ciążenia/miażdżenia. Bywa rozgadany albo skupiony. Zasypia znienacka o 20:00, albo pada ostatni - tuż przed północą. Złamatka, złamatka?

skomentuj (1)

2011-06-22 14:29:16
przyjaciółka

Moje dziecko jest już prawie dorosłe.
Ma od dzisiaj osobistą przyjaciółkę.
Zaakceptowało ją od pierwszego spojrzenia.
A ja zamiast się cieszyć, że mam od dziś trochę w sumie niedrogo wykupionego czasu dla siebie, popłakuję, że zamknięty został pewien etap. I już nie wróci.
skomentuj (0)

2011-06-18 23:43:03
łaskotki

6 godzin osobno. Jeszcze kilkanaście tygodni temu wydawało mi się to przepaścią nie do przeskoczenia; teraz jest przerywnikiem w dniu, z którym nie wiadomo co zrobić. Przespać? Przepracować? Przepierdzielić? Wybrałam scenariusz mieszany, czyli trochę snu, trochę nadganiania zaległości i trochę ostatniej opcji, czyli piknik z sąsiadami. Pod tym jednym ze starych drzew, co ocalały na naszym osiedlu.
Były same małżeństwa, czereda dzieciaków, pani magiczka (o moim imieniu), która wydmuchiwała nosem chusteczkę. Było też białe wytrawne musujące (z Tesco) i czerwone australijskie, które po powrocie do domu poddałam filtracji z pomocą dawno już nie używanego sprzętu do dojenia. I po raz pierwszy bez żalu wylałam efekt filtracji do zlewu.
Dzik tymczasem ze swym ojcem bawił w jednej z podwarszawskich miejscowości; w podobnych okolicznościach co ja na własnym osiedlu. I przy podobnym składzie dekoracji: stadko dzieciaków, zielony trawnik i dymiący grill był jedną z nich. Gdy wrócili wczesnym wieczorem, syn mój wyraźnie był większy. I inny. Źródło inności odkryłam przypadkiem; podczas czyszczenia jednego z elfich uszek. Dzik zaliczył kolejny stopień na sensualnej drodze. Zaczął być czuły na łaskotki! A ja uwielbiam jego śmiech.

skomentuj (0)

2011-06-16 01:03:25
lato
Na razie słów minimum, bo wieczorem, po opędzeniu, zapędzeniu i przepędzeniu moc się kończy. Może wróci na wyjeżdzie długoczerwcowym, zorganizowanym przez R. od-a-do-zet, i nawet dalej.
Więc na razie zamiast słów - obrazy.
Technika dowolna.
Lokalizacja - podobnież.
Temat jeden: wertykalnie ciekawiej. Nawet z wykoślawionymi stopami. Nawet z ranami tłuczonymi na czaszce, drapanymi na brzuchu, z kolanami jak u nosorożca i z pierwszymi bąblami na stopach, które przecież nie zostały stworzone do chodzenia, ale do smyrania przez rodziców. Wzorzec wyprostu rządzi.





skomentuj (0)

2011-06-03 23:09:44
kalorie

- Ile ma zębów? Osiem? To o sześć za dużo! - opiekun dzikowego serca jest wstrząśniety. I strzela nam wykład.
Że wyprodukować tyle zębów (i dać zapowiedzi na dwa kolejne) to dla ośmiomiesięcznego szkraba ogromny wysiłek.
Zwłaszcza gdy szkrab zachowuje się jakby miał motorek w dupce. - Ruchliwy, wyjątkowo ruchliwy - jedną ręką Dzik tarmosi kardiologa za brodę, drugą sięga końcówki echo-sondy, jednocześnie popijając z cycka. Grupa Laokoona na kozetce.
Nie mówiąc o tym, że szkrab w tym samym czasie kończy dzieło zamykania dziurawego serca. Wszystkie kalorie idą na zęby i na mikrowłókienka w przegrodzie międzykomorowej. To co zostaje, zostaje spalone w trybie natychmiastowym. Uff.
skomentuj (0)

2011-06-02 23:53:51
czwórka
Tych dolnych dwójek powinno jeszcze nie być; a przynajmniej nie powinno ich być na tydzień przed skończeniem 8. m-ca. W dniu w którym Obama zakneblował Warszawę, obudziliśmy się rano w naszym wynajętym krakowskim mieszkanku na Piasku, oczy przetarliśmy i zmianę w uśmiechu naszego syna zaobserwowaliśmy. Kiełki dolnych siekaczy zarysowały się kreseczkami na żuchwie. Przebijanie się trwało kilka dni i okupione było nocną płaczliwością. Tak, wiem, że to norma u ząbkujących dzieci, ale raczej nie u naszego. W efekcie niespełna 8-miesięczny Dzik prezentuje już garnitur składający się z 8 zębów. Jakiż one mają doskonały kolor! Śnieżny. Czysty jak norweska zimowa przestrzeń.

Prawda jest taka, że zębostan mojego syna zachwycałby mnie nawet wtedy, gdyby był w kolorze kości słoniowej. Bo w Dziku zachwyca mnie niemal wszystko. Poranny uśmiech, wmontowana na stałe sprężynka, zamiłowanie do długich posiłków, celebrowanych przy dostawionym do naszego stołu krzesełku (dziś po raz pierwszy: pokrojone w kawałki buraki), upór z jakim dąży do wyprostu i wykoślawione przy tej okazji stopy, szaleńcza radość w momencie w którym wstukuję kod do domofonu, a on wie już, że jest w domu. Iś, eś, pff też. Zachwyca mnie też skrzywiona płaczem buziem - kiedyś Przyjaciółka powiedziała mi, że jej córka wydaje jej się tak śliczna, gdy płacze, że trudno jej się od razu zabrać do skutecznego pocieszania. Pocieszanie jest czymś, której Dzikowi nie skąpimy, ale przyznaję się bez bicia, zasmarkany Dzik też wydaje mi się śliczny.

I wszystko by było cudownie i jak w bajce o tych co długo i szczęśliwie, gdyby nie to, ze szczekutnik przez ostatnie dwa miesiąca przybrał całe 4 deko... A ja tak bardzo nie chcę być jedną z matek, które obsesyjnie pilnują pór posiłków swoich dzieci, nie chcę, nie. Muszę znaleźć jednak jakieś rozwiązanie.




skomentuj (1)

2011-05-24 00:37:13
słońce

Jestem na etapie zaprzeczenia. Trudno mi uwierzyć, że to kiedyś skończy się, że syn nasz - pogodny, kontaktowy i pokojowo nastawiony - przeistoczy się niedługo w koszmarnego półtoraroczniaka, negującego dwulatka, eksperymentującego czterolatka i tak dalej, i tak dalej. Że przestanie mu do szczęścia wystarczać widok naszych twarzy, mocny uścisk i latanie w przestworzach, na sprężynujących ramionach rodziców. Że zacznie raczyć nas codzienną porcją rozwojowych skutków ubocznych.

Na szczęście na razie wciąż jesteśmy na etapie prostych zasad. Dzik na czworakach idzie przez życie, nie boi się go w ogóle, z jednaką ufnością podchodzi do starszych maluchów, które okładają go po głowie, jak i pomarszczonych łydek babć wygrzewających się w słońcu w Łazienkach. Babcie nie mają nic przeciwko dzikowym pieszcotom. - Nie zapomnę cię nigdy - szepce Dzikowi do kapelusza Zosi. Znają się 5 minut; jestem zawstydzona podsłuchując.
Skubanie rozmiękcza każdego kogo spotyka na swojej drodze; po kim on to ma?







skomentuj (2)

2011-05-14 00:47:18
krew

Dzisiaj pierwsza krew. Znad górnej jedynki, która w trakcie wieczornych harców w wannie, łupnęła w emaliowaną krawędź. Nie jesteśmy jakoś ostatnio zbyt zgodni z R. w kwestiach związanych z szeroko pojętym zarządzaniem potomstwem, więc oprócz krwi, chlipania i do biustu przytulania, długa dyskusja na tematy związane i nie związane. Ech.

Dużo tych echów. Bo jakoś próbuję wykroić z codziennego planu zajęć choć trochę czasu na pracę. I choć organicznie niemal potrzebuję tego z jednej strony (choć czy aby tego?), to mam jednak wyrzuty sumienia - za każdą godzinę obok. Gdzieś bokiem obok achów.

Bo achów też mnóstwo. Dzik rozwija się piorunem, porusza po całym mieszkaniu, staje na dwóch nogach, gdy tylko ma się o coś oprzeć, zagląda do cargo (jak ten mały szczekutnik sobie to otwiera), wywraca torby, kosze, turla po ziemi butelki z wodą, tarmosi kapcie. Uwielbiam, gdy czworakuje do mnie przez całe mieszkanie, szybko szybko, zanosząc się śmiechem tak gwałtownym, że boję się że oddech straci.
A dziś podczas rytualnego wieczornego "sprawdzam", uraczył mnie prawdziwym bobo-cymesem. Najpierw wystawił głowę jak wietrzący przygodę piesek, potem załkał, zaczął szukać cycka i tuż zanim zacisnął na nim sześciozębne już dziąsła, westchnął: "mama". Aż R. przybiegł z pokoju, pytając: - Roman? Roman?

No i szkoda, że wakacje tak szybko się skończyły...









skomentuj (2)

2011-04-28 23:24:54
odpoczynek

Nie nadążam. Dzik ruszył z kopyta i biegam za nim, skanując podłogę pod kątem wszystkiego co może się zmieścić w małej, wypełnionej już sześcioma (!) zębami buzi. Odkąd przeoczyłam moment w którym cudze dziecko posadzone na moim dywanie włożyło sobie do ust kulkę rozmiarów piłeczki golfowej, jestem podwójnie uważna. Oglądam skrupulatnie każdy nowy przedmiot, który deleguję na podłogowy plac zabaw. Liczy się średnica (podobno ma nie być mniejsza niż wewnętrzny rozmiar kartonika, na który nawija się srajtaśmę), obłość, faktura. Gazety odpadają, podobnież niektóre magazyny (mój również) - papier jest za miękki, nie da się bezkarnie tarmosić, szybko się rozpływwa na języku.

Dzik froteruje kolanami podłogę, chwyta palcami paprochy i okruchy, pakuje wszystko na język. Przecinakiem brnie przez trawnik na Kępie Potockiej. Eksperymentuje z trawami, suchymi gałęźmi i zeszłorocznymi, spopielałymi prawie liśćmi. Obtłukuje mi się o zwoje mało apetyczne skojarzenie, ale nie chcę być jedną z Tych Matek, które miast srających psów, trzymają dzieci na smyczy (i tak się pewnie bez niej nie obejdzie...)

- Mógł nam dać choć jeden dodatkowy dzień. - kontastuje R., po wieczornej kąpieli, podczas której Dzik stanął na śliskim dnie na dwóch nogach, oparł się dłońmi o krawędź i zaczął próbować wyjść z wielkiej, białej, emaliowanej dziury. Drogę z wanny na przewijak pokonał biegiem, przebierając nożynami w powietrzu, błyskawicznie się przekręcił i zaczął wędrować po blacie, zgarniając na podłogę wszystko co po drodze. Uff. Trudno uwierzyć, że jeszcze wczoraj nasz prywatny Demon Szybkości miał 39 stopni gorączki, zaciągnięte mgłą oczy i ciało jak z miękkiej ciastoliny. Leżał przytulony do cycka albo ramienia, spał, pił, spał i tak dalej, przez cały dzień. Paradokasalnie, dzień pierwszej zdrowotnej próby był dla nas, zdecydowanie już nadpsutych rodziców, dzień odpoczynku.





skomentuj (0)

2011-04-22 00:51:11
papka

Dzikidzik, mój Bandyta śpi już. Bodziak w różowe muchomorki, roztrzepotane fazą REM rzęsy, rozrzucone na boki ramiona wykończone wachlarzykami z połamanymi pazurami. Roz(gwiazdek), trzmielik w stanie spoczynku, mech i paprocie, miód i migdały. Gładka doskonałość. Wszystko przed nim, tymczasem faza rozbrojenia, zawieszenia, sił przegrupowania.

Zanim słońce przebije się przez zasłony, tak o 7.00, może 8.00, przynajmniej raz zacznie się wiercić pod kołdrą, przekręci na brzuch, poderwie pupę i głowę, na chwilę, bo głowa sekundę później pociągnie go, zaskoczonego przez siłę ciężkości, do prześcieradła. Rozwałkuje policzek na materacu i jęknie: jeść! Przyssie się na 5 minut i odpadnie z kląśnięciem. Rano powoli otworzy oczy i zaprezentuje wszystkie cztery zęby w pierwszym uśmiechu.

Pielucha będzie ciężka od efektów ubocznych nocnej przemiany materii.

Położony na dywanie, powędruje na czterech kończynach w stronę donic, podciągnie się do pozycji klęcznikowej, zanurzy łapki w czarnej ziemi. Nie wolno, nie wolno - powiem mu w doskoku i może znajdę w sobie dość siły, żeby wreszcie przestawić dwa pojemniki z kwiatami. Pozbawiony dostępu do czarnoziemu Dzik będzie tłukł Królikiem-Zombie albo paczką z M&Msami o podłogę, wycierał podłogę pod kanapą, zbierał paproszki z desek i oglądał je dokładnie, trzymajac w zaciśniętej rączce. Parapet zostanie zdobyty przynajmniej kilkanaście razy. Nie bez ofiar; będzie dużo podbiegania, całowania, tulenia i oglądania kolejnych dowodów szybkiego rozwoju rozkwitających na Dzikowej główce.

Jabłko, gruszka, dynia albo kartofel - wszystko co trafić ma do żołądka, zostanie rozsmarowane po twarzy, krzesełku i tetrze, która praktyczniejsza od śliniaka. Syn mój zapowiada się na praworęcznego; prawicą odbiera ode mnie łyżkę z ciapają i sam ładuje sobie do buzi. Wylizaną z paciai oddaje. Jeszcze, jeszcze! wierci się i pokrzykuje. Pożądliwym wzrokiem patrzy na to co na naszych talerzach, wbija się wszystkim czterema zębami w twarde jabłko i zasysa. A potem to co odłupał i przemielił, oddaje w spektakularnym chlupocie. W lodówce czeka brokuł kupiony od eko-rolnika, z myślą o tym, żeby ugotować, podzielić i zaserwować. I chcę, i boję się. I czuję, że zanim dojrzeję, brokuł zakwitnie, a Dzik będzie wpierdzielił kabanosy.

Tak mi szybko syn dorośleje, że nie nadążam z podejmowaniem decyzji wychowawczych.



skomentuj (0)


odwiedzam
południową półkulę
plażę
wrocław
bergen
mandalay
kilimandżaro
buenos aires
pępek świata
myśliwiecką
też warszawę
park guell
niu jork
olsztyn plus okolice
manhattan
chłodną róg żelaznej
wetlinę
mt everest
kolumbię a nawet kambodżę
chongqing
koreę północną
dharamsalę
palolem